Ocena licencji kanadyjskiej CNSC dla BWRX
Wybór kanadyjskiego dozoru jądrowego jako punktu odniesienia dla Polski przy certyfikacji i budowie małych reaktorów jądrowych jest kontrowersyjny, z racji jego ograniczonych doświadczeń oraz z powodu uwikłań osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo nuklearne Kanady w interesy z inwestorami.
Kanadyjska Komisja Bezpieczeństwa Nuklearnego (odpowiednik Państwowej Agencji Atomistyki) 4 kwietnia certyfikowała mały reaktor jądrowy (SMR) BWRX-300, którego dostawcą jest amerykański koncern General Electric Hitachi. Jest to druga licencja dla tego typu reaktora w krajach G-7 i pierwsza, która ma szansę zostać zrealizowana. Z SMRami branża energetyki jądrowej po okresie stagnacji wiąże duże nadzieje na przełom i zdobycie znaczącego udziału w dekarbonizacji. Niech to, że licencja została wydana za oceanem nikogo nie wprowadza w błąd, że decyzja ta nie dotyczy nas. Wydanie licencji w Kanadzie ma istotne znaczenie dla Polski, bowiem spółka Michała Sołowowa i Orlenu planuje budowę co najmniej kilkunastu tych właśnie reaktorów BWRX-300 w Polsce.
Obecny rząd, kontynuując politykę poprzedniego rządu podpisał w styczniu 2025 z Kanadą porozumienie o współpracy w dziedzinie energetyki jądrowej. Państwowa Agencja Atomistyki już w 2023 zawarła z dozorem kanadyjskim porozumienie, które przewiduje, iż polski dozór będzie opierał się w swoich pracach nad certyfikacją BWRX-300 na osiągnięciach Kanadyjczyków. Pomysł, by szukać wsparcia u bardziej doświadczonych, jest słuszny. Wybór Kanady na partnera w dozorze atomowym pozostawia jednak wiele wątpliwości.
Regres kanadyjskiego atomu
Kanada czasy świetności w energetyce jądrowej ma już za sobą, i teraz musi walczyć o powrót do pierwszej ligi. Oryginalna, kanadyjska technologia reaktorów ciężkowodnych CANDU z lat ’60 XX wieku wciąż nie może doczekać się modernizacji, aktualnie przewidywanej na rok 2027. Pomysłem na utrzymanie się Kanady w światowej czołówce było więc opracowanie własnej technologii małych reaktorów. Jednak wszystkie 6 projektów dofinansowanych w ubiegłej dekadzie przez rząd Kanady nie dojrzało do fazy realizacyjnej. Dlatego Kanada zdecydowała się na technologię amerykańskiego dostawcy General Electric. Póki co reaktor BWRX-300 nie może na swoim rodzimym rynku rozwinąć skrzydeł z racji trudnych do przejścia wymagań amerykańskiego dozoru jądrowego (NRC) oraz barier ekonomicznych wynikających z konkurencji innych, tanich źródeł energii w USA, przede wszystkim gazu łupkowego. Na tym poległ konkurent General Electric, firma Nuscale, która pierwsza otrzymała na swój reaktor licencję w USA. Prognozy kosztów energii wytwarzanej przez BWRX-300 póki co też nie są konkurencyjne.
Kanada zamierza budować swoją międzynarodową pozycję m.in. przez osiągnięcie pozycji lidera w eksporcie przełomowej, jak się uważa, technologii nuklearnej (czy agresywna polityka Trumpa nie przekreśli tej strategii, zaplanowanej w czasach stabilizacji to osobne zagadnienie). Elementem tej strategii jest uzyskanie przez kanadyjskiego regulatora statusu międzynarodowego autorytetu w obszarze małych reaktorów. Ponieważ - inaczej niż w przypadku dużych reaktorów - moduły SMRów mają być produkowane w fabrykach (w Kanadzie mają nadzieję, że kanadyjskich), regulatorzy w innych krajach nie będą mogli objąć swoim dozorem całego procesu powstawania reaktorów. Nadto, kraje bez doświadczeń w energetyce jądrowej dla których SMRy są nadzieją na nadgonienie zapóźnienia w energetyce jądrowej nie posiadają rozwiniętych kompetencji nadzorczych w tej dziedzinie. W tę niszę ze swoim wsparciem zamierza wejść Kanadyjska Komisja Bezpieczeństwa Nuklearnego. „Jako lider gromadzi innych regulatorów próbując sharmonizować wymagania i by nie powielać wysiłków i akceptować wzajemnie swoje przeglądy” – tak o tym mówi była szefowa kanadyjskiego dozoru Rumina Velshi, dziś pracująca dla Michała Sołowowa. Państwowa Agencja Atomistyki ma być dla Kanadyjczyków pierwszym „klientem”. Są jednak poważne znaki zapytania przy opieraniu się na kanadyjskim dozorze w obszarze SMRów.
Płytkie doświadczenie
Chociaż doświadczenia kanadyjskie w nadzorze nad branżą jądrową mają nieporównywalną przewagę nad polskimi, jednak trudno je uznać za większe lub nawet równe doświadczeniu dozorów amerykańskiego lub francuskiego (a nawet niektórych innych krajów w zakresie technologii wodno-wrzącej, w której projektowany jest BWRX-300). Kanadyjski dozór nie ma szerokiego doświadczenia z technologią wodno-wrzącą. Nadto, ostatni raz dozór kanadyjski certyfikował reaktor blisko 30 lat temu. Specjaliści doświadczeni w procedurach certyfikacyjnych w ogromnej większości albo odeszli na emeryturę, albo do prywatnego sektora. Czy Polska powinna bezpieczeństwo swoich reaktorów powierzać - zamiast mistrzom w technologii wodno-wrzącej - czeladnikom? Przecież nie mamy importować technologii ciężko-wodnej, w której kanadyjski dozór posiada status mistrza.
Wobec powyższego nie dziwi rozdźwięk, który zaistniał między kanadyjskim a amerykańskim dozorem jądrowym. Obaj regulatorzy podpisali porozumienie o wspólnym certyfikowaniu BWRX-300, jednak drogi się rozeszły. Spór dotyczy m.in. kompozytowej osłony reaktora i metodologii konstrukcyjnej jego budynku. Brak takiego solidnego zabezpieczenia w Czarnobylu spowodował, że wybuchu wodoru nie udało się utrzymać pod kontrolą, co spowodowało rozniesienie się skażenia promieniotwórczego nad Europą. General Electric zaproponowało wykorzystanie rozwiązania stosowanego do tej pory poza instalacjami jądrowymi, charakteryzujące się m.in. niższymi kosztami od stosowanych dotychczas. Kanadyjski dozór je zaakceptował, natomiast dozór amerykański stwierdził, iż to rozwiązanie wymaga szczegółowego zbadania co do parametrów bezpieczeństwa. Może to zająć nawet kilka lat. Któremu dozorowi bardziej powinna ufać Państwowa Agencja Atomistyki?
Ryzykowny eksperyment
Kanadyjskie procedury certyfikacyjne wobec BWRX-300 są eksperymentalne. Jest to pierwszy w świecie cywilizowanym przypadek uzyskania przez reaktor typu FOAK (prototyp) certyfikacji jeszcze przed zejściem z desek kreślarskich. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej rekomenduje, by pierwsze SMRy były certyfikowane według dotychczasowych procedur, a dopiero po zdobytych doświadczeniach można będzie przystąpić do ich ewentualnego zliberalizowania dla małych reaktorów. W ich przypadku, tylko 8% norm zostało przez MAEA zmienionych, i to nie złagodzonych, a dostosowanych. Złagodzenie wymagań w branży jądrowej być może jest potrzebne, ale niech je przeprowadzają osoby, które nie były na liście płac dostawców technologii i inwestorów. Łukasz Sawicki, analityk branży nuklearnej zauważa, że udzielenie awansem takiej licencji reaktorowi w Olkiluoto przez fiński dozór jądrowy nim powstał projekt budowlany, z racji nieustających poprawek projektu było jedną z przyczyn wydłużenia budowy z 5 do 19 lat i ogromnego przekroczenia budżetu. A przecież reaktor w Olkiluoto nie był pierwszy w swoim rodzaju, gdyż miał stanowić klon francuskiego reaktora EPR.
Ostrożność wobec kanadyjskiego dozoru jądrowego powinien budzić w procesie wysłuchania publicznego sposób potraktowania organizacji pozarządowych, w których działa wielu emerytowanych inżynierów jądrowych. To, że wśród nich są organizacje eksploatujące populizm ekologiczny, nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla udostępnienia materiałów na temat reaktora (otrzymanych od wnioskodawcy w lipcu 2023) dopiero we wrześniu, na ok. 2 tygodnie przed rozpoczęciem wysłuchania publicznego. Krótki termin nie pozwalał zapoznać się ze skomplikowanym, napisanym hermetycznym językiem wnioskiem, liczącym tysiące stron. Jak zapewniali wnioskodawcy, 95% projektu zostało już ukończone. Co więc przeszkadzało Komisji poczekać na kompletny projekt? Czy nie chodziło o uniemożliwienie przedstawicielom opinii publicznej całościowej oceny projektu?
Jak unikać odpowiedzialności
Członkowie kanadyjskiej komisji mają świadomość, że reaktor BWRX-300 nadal nie dojrzał do certyfikacji. Dlatego w trzech najbardziej niedopracowanych elementach komisarze postanowili, że jeden z dyrektorów urzędu obsługującego komisję będzie mieć prawo wstrzymania budowy, jeżeli to co ostatecznie przedstawi inwestor wyda mu się niezadowalające. Jednym z odłożonych i nierozwiązanych problemów jest ujawniony w wysłuchaniu publicznym fakt, iż dwa niezależne systemy awaryjnego wyłączania reaktora mają jeden element wspólny, jakim są pręty sterujące. Tak więc faktycznie nie ma dwóch w pełni niezależnych systemów. W ocenie dostawcy technologii prawdopodobieństwo awarii elementu wspólnego dwóch systemów awaryjnego wygaszania reaktora jest ekstremalnie mało prawdopodobne. Czy tak samo nieprawdopodobne, jak fala tsunami w Fukushimie wyższa niż 6 metrów? To zastrzeżenie nie przeszkodziło Komisji w udzieleniu licencji, dla przyzwoitości zobowiązując wnioskodawcę do wyjaśnienia wątpliwości w terminie późniejszym. „Niechcący”, ominięto w ten sposób prawo do oceny niektórych, najbardziej wrażliwych rozwiązań przez organizacje pozarządowe w wysłuchaniu publicznym. A przecież udostępnienie - z pewnymi włączeniami - projektów urządzeń jądrowych opinii publicznej było na Zachodzie reakcją na katastrofę w Czarnobylu, gdzie poziom tajności był tak wysoki, że o niektórych zastosowanych rozwiązaniach nie wiedziała część obsługi. „Wścibskość” obywateli i konkurentów miała pomagać w wychwytywaniu takich prostych błędów, jakim w przypadku amerykańskiej elektrowni Three Miles Island w USA było pominięcie przez konstruktora umieszczenia wskaźnika pracy jednego z setek zaworów na panelu sterującym. Dlatego wówczas obsługa nie wiedziała, że zawór ten uległ awarii i w odpowiedzi na występującą anomalię w funkcjonowaniu reaktora w 1979 r. podjęto działania pogłębiające awarię. Kanadyjski dozór wyłączając przyszłą propozycję inwestora rozwiązania problemu z poddania go publicznej ocenie, praktycznie zrobił krok wstecz w stosunku do rekomendacji Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Generalnie, ostateczna decyzja została scedowana na urzędnika, który nawet nie jest członkiem komisji - nie posiada gwarancji niezależności i może być w każdej chwili usunięty, gdyby jego decyzje nie spodobały się „interesariuszom”. Mamy więc do czynienia z abdykacją komisarzy z realnej władzy, którą powierzył im kanadyjski ustawodawca. Kto ewentualnie poniesie odpowiedzialność za awarię systemu wyłączania reaktora, gdyby do niej doszło? Oddanie przez Komisję decyzji urzędnikowi przypomina herbertowski „senat obraduje, jak nie być senatem” w wierszu „Pan Cogito w postaci wyprostowanej” o upadku Republiki. Czy Polska może więc ufać kanadyjskiemu przywództwu w obszarze wodno-wrzących małych reaktorów jądrowych?
Czy kanadyjski dozór jądrowy jest niezależny?
Fakty nakazują ogromną ostrożność wobec standardów kanadyjskiego państwa w branży nuklearnej. Do roku 2000 nazwa kanadyjskiego dozoru brzmiała Komisja Kontroli Energii Atomowej. Wówczas w imię zwiększenia zaufania opinii publicznej uznano, że absolutnym priorytetem, a nie jednym z wielu, powinno być bezpieczeństwo. Stąd zmieniono nazwę na Kanadyjska Komisja Bezpieczeństwa Nuklearnego. Retoryka na użytek opinii publicznej koncentruje się na bezpieczeństwie jako jedynym zasadniczym celu Komisji. Już 6 lat lat po postawieniu na bezpieczeństwo urządzeń jądrowych rzeczywistość przetestowała te deklaracje. Komisja z powodu nie spełniania podwyższonych norm bezpieczeństwa nakazała zamknąć jeden z reaktorów zaprojektowany w 1949 r., już wówczas uznany za zabytek przemysłu jądrowego. Operatorowi reaktora nie opłacała się jego modernizacja i postanowił go „zajeździć” do naturalnej „śmierci”. Wyłączenie reaktora spowodowało wstrzymanie produkcji izotopów medycznych dla Kanady i wielu innych krajów (podobieństwo z aktualnymi wydarzeniami związanymi z wyłączeniem polskiego reaktora Maria w Świerku jest ciekawe). Rząd zażądał od niezależnej Komisji cofnięcia decyzji, a ta odpowiedziała, że to niezgodne z ustawą. Po pierwsze, Komisja nie miała prawa kierować się innymi priorytetami, a o niespełnianiu norm właściciel wiedział od dawna i w imię oszczędności na bezpieczeństwie żerował na cierpliwości Komisji. Po drugie, Komisja jest niezależna i rząd nie ma prawa wydawania jej poleceń. Na nadzwyczajnym posiedzeniu parlamentu zmieniono prawo. Przewodnicząca Komisji została odwołana, a reaktor ponownie uruchomiono. Po półtora roku z przerdzewiałego reaktora nastąpił wyciek ciężkiej wody. „Załatano” go, potem kolejne przecieki, aż w końcu nie dało się nakładać „łaty na łatę” i reaktor ostatecznie wyłączono w 2012 roku. Tamte wydarzenia „złamały kręgosłup” niezależności kanadyjskiego dozoru. Chociaż Komisja ma nadal niezależność „w herbie”, pozostaje ona martwym zapisem. Od tamtej pory Komisja nie wydała żadnej znaczącej decyzji nie po myśli branży i polityków.
Dziś Komisja obok bezpieczeństwa ma dodatkowy priorytet, jakim jest z nadania rządowego ekspansja międzynarodowa Kanady w branży jądrowej, hamowana przez „przesadne” regulacje bezpieczeństwa. Zasadnym jest więc pytanie, ile z bezpieczeństwa kanadyjski dozór jądrowy jest gotowy poświęcić, by jego państwo z powrotem awansowało do I ligi cywilnej energetyki jądrowej? Rumina Velshi tak reklamuje kanadyjski dozór jądrowy: „Mamy regulatora, który jest bardzo elastyczny, nie chcemy być niepotrzebną przeszkodą. (…) [Inwestor] nie musi mieć gotowych wszystkich odpowiedzi nim otrzyma licencję.” Zaraz, w przypadku eksperymentalnego prototypu małego reaktora także?! Jak dobra mina do złej gry brzmi jej zapewnienie, że kompromisów na bezpieczeństwie reaktora nie będzie. Tak o sobie może twierdzić amerykański dozór, z którym drogi Kanadyjczyków się rozeszły. Dlaczego Polska opierając się na procesie licencjonowania reaktora BWRX-300 w Kanadzie ma uwzględniać nie swoje priorytety ekonomiczne i polityczne kosztem bezpieczeństwa?
„Drzwi obrotowe”
Są jednak poważniejsze zastrzeżenia burzące zaufanie do kanadyjskich norm. W zeszłym roku dwóch ministrów rządów prowincji Ontario i Nowy Brunszwik, odpowiedzialnych w swoich rządach za energetykę, w tym inwestycje nuklearne, przeszło do firmy z sektora prywatnego działającej w tej branży. W przypadku Ontario, minister Todd Smith uczynił to po tym, jak kilka miesięcy wcześniej nadzorowana przez niego „samorządowa” spółka Ontario Power Generation, budująca reaktor BWRX-300, podpisała lukratywny kontrakt z obecnym pracodawcą ministra. Jest to firma AtkinsRéalis, jeszcze niedawno nosząca nazwę SNC-Lavalin (do zmiany nazwy doszło w ramach zacierania śladów po aferze korupcyjnej zagranicą z jej udziałem; ówczesna minister sprawiedliwości ujawniła, że premier Trudeau „poprosił” ją o zatuszowanie dochodzenia, co zakończyło się jej usunięciem z rządu i partii za nielojalność). Niezależny urzędnik kontrolujący przestrzeganie norm etycznych, w tym konflikty interesów, w przypadku przejścia z dnia na dzień ministra do pracy w branży, z którą negocjował publiczne kontrakty dał się zbyć zapewnieniem, że były minister będzie zajmować się wyłącznie rynkami zagranicznymi, więc konflikt interesów na rynku kanadyjskim nie wystąpi. O narzędzia, którymi „niezależny” urzędnik od etyki urzędników chce egzekwować to ustalenie media kanadyjskie nie dopytywały. W Polsce będziemy mieli przyjemność gościć byłego ministra, bowiem firma AtkinsRéalis podpisała kontrakt z Orlen Sythos Green Energy na pełnienie zadań głównego inżyniera projektu. Nie będzie to jego pierwsza wizyta w Polsce, gdyż jako minister już odwiedzał nasz kraj skutecznie promując BWRX-300.
To nie był jedyny taki incydent bierności państwa kanadyjskiego wobec konfliktu interesów swoich urzędników. Poważniejszy niepokój w Polsce powinno budzić zaangażowanie w projekt BWRX-300 byłej szefowej Kanadyjskiej Komisji Bezpieczeństwa Nuklearnego, Ruminy Velshi. Zacznijmy od tego, że do Komisji trafiła ona ze spółki Ontario Power Generation, gdzie była inżynierem jądrowym. W 2022 przyjęła od swojego poprzedniego pracodawcy wniosek o certyfikację reaktora BWRX-300 i wprowadziła „nowatorskie” procedury dopuszczające przeprowadzenie procesu bez ukończonego projektu budowlanego. Po roku odeszła zostawiając urząd funkcjonujący według jej zasad. Dopiero po 10 miesiącach został powołany nowy przewodniczący, gdy certyfikacja była już na ostatnim etapie. Uprawniony jest więc wniosek, iż to Rumina Velshi de facto przeprowadziła certyfikację BWRX-300. A gdzie dziś odnajdziemy byłą szefową kanadyjskiego dozoru? Zajmuje się promocją BWRX-300 w Europie! Jest doradcą … Orlen Synthos Green Energy w Polsce. Prawo federalne w Kanadzie, inaczej niż regulacje prowincji kanadyjskich, zabrania wysokim urzędnikom przechodzenia do pracy w firmach, wobec których podejmowali decyzje. Owszem, spółka OSGE nie była stroną postępowania przed Kanadyjską Komisją Bezpieczeństwa Nuklearnego. Jednakże spółka sprawująca nad nią kontrolę i posiadająca tego samego prezesa w osobie Rafała Kasprówa związała się umową konsorcjalną z General Electric w celu współfinansowania powstania projektu reaktora BWRX-300. Oznacza to, że OSGE jest pośrednim beneficjentem certyfikacji przeprowadzonej przez Ruminę Velshi, a przynajmniej z jej ogromnym udziałem. Nawet, jeżeli to obejście kanadyjskiego zakazu zatrudnienia byłych urzędników przez podmioty, dla których podejmowali decyzję, jest formalnie zgodne z prawem, żadne państwo nie powinno życzyć sobie takich standardów. Nie ma bowiem pewności, czy zatrudnienie Ruminy Velshi przez OSGE nie jest zapłatą za ewentualną przychylność przy wydawaniu przez kanadyjski dozór decyzji dla Ontario Power Generation i General Electric, z którymi OSGE pozostaje w ścisłym związku. W jaki sposób mogło to wpłynąć na złagodzenie wymagań wobec reaktora BWRX-300 przy wydawaniu licencji nie wiemy, ale z uwagi na podpisane umowy o współpracy na szczeblu rządowym i dozorów jądrowych powinno to nas to w Polsce interesować, zwłaszcza – przypomnijmy – wobec obniżonych kanadyjskich wymagań bezpieczeństwa w porównaniu do amerykańskich.
Zwrócić również należy uwagę, iż na swojej stronie na linkedIn Rumina Velshi informuje, iż pełni jeszcze funkcję doradcy w nieujawnionej z nazwy firmie. Kłóci się to z kanadyjskim prawem, które domaga się przejrzystości w zatrudnieniu byłych urzędników federalnych bezpośrednio po opuszczeniu stanowiska. Ten nieujawniony z nazwy podmiot nie może być konkurencyjny wobec OSGE i podmiotów powiązanych z nim konsorcjalnie, czyli wobec General Electric. Zważywszy na światowy zasięg działań General Electric, takich podmiotów branży nuklearnej praktycznie nie ma. Dlatego uprawnione jest przypuszczenie, iż nieujawnionym podmiotem jest samo General Electric lub jedna ze spółek z tej grupy kapitałowej. Naruszałoby to jednak prawo kanadyjskie. Stąd być może trzymanie nazwy tego podmiotu w tajemnicy. Wskazanie na General Electric uprawdopodabniają wpisy Ruminy Velshi w mediach społecznościowych w interakcji z kadrą kierowniczą tej korporacji.
Z kronikarskiego obowiązku dodajmy, iż po odejściu z kierowania kanadyjską komisją, Rumina Velshi przyjęła stanowisko doradcy w japońskim dozorze nuklearnym. Jednocześnie została współzałożycielem spółki ZettaJoule, japońskiego start-upu w branży energetyki jądrowej. Ruminie Velshi nic tu nie koliduje. Będąc także ekspertem Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej aktywnie promuje ów start-up na tym forum aranżując spotkanie z szefem agencji, którego to zaszczytu doświadcza niewiele z kilku tysięcy startupów jądrowych w świecie. Dopełnijmy ten obraz przywołaniem jej zatrudnienia w Torys, w jednej z siedmiu największych kancelarii prawnych w Kanadzie (tzw. „siedem sióstr”), reprezentującej Ontario Power Generation w postępowaniu certyfikacyjnym BWRX-300 przed kanadyjskim dozorem, którym kierowała. Czy przez ponad rok po odejściu z funkcji szefowej Komisji, w trakcie kolejnych etapów certyfikacji wniosku OPG, Rumina Velshi swoimi radami wspierała kancelarię reprezentującą wobec państwa kanadyjskiego przeciwstawne interesy? Musiała zbudować do siebie ogromne zaufanie prawników reprezentujących wnioskodawcę, skoro zaproponowali inżynierce jądrowej zatrudnienie w kancelarii prawnej. Urzędnikom dozoru jądrowego psychologicznie raczej trudno stawiało się wymagania stronie, na którą przeszła ich dotychczasowa i nadal dobrze ustosunkowana szefowa.
Widać, że Rumina Velshi nie ma elementarnego wyczucia granicy pomiędzy sektorem prywatnym i publicznym. Czy nie miało to konsekwencji dla jej decyzji dotyczących certyfikacji BWRX-300, czym powinna interesować się Polska? Uderzające jest, że media i właściwe urzędy kanadyjskie milczą w sprawie. Projekt BWRX-300 miał poparcie zarówno rządu federalnego dotychczas tworzonego przez Partię Liberalną, jak i opozycyjnej Partii Konserwatywnej, która akurat rządzi w prowincji Ontario i bezpośrednio odpowiada za inwestycję w BWRX-300. Kanadyjska Komisja Bezpieczeństwa Nuklearnego poinformowana w trakcie wysłuchania publicznego o tych faktach wybrała wyjście najgorsze – nie odniosła się do faktów rzucających cień na jej wiarygodność. Federalny urzędnik podporządkowany bezpośrednio parlamentowi, odpowiedzialny za egzekwowanie wysokich standardów etycznych - w tym zapobieganie konfliktowi interesów, także po odejściu wysokich urzędników z administracji publicznej - także milczy. Media głównego nurtu nie zadają pytań. Wizja Wielkiej Kanady, której ma służyć pozycja światowego lidera w małych reaktorach jądrowych, jednoczy ponad podziałami większość Kanadyjczyków, czerpiących dumę z tego, że jak powiedział obecny minister ds. energii prowincji Ontario, Kanada dzięki BWRX-300 staje się supermocarstwem energetycznym (o ile D.Trump łaskawie pozwoli).
Nasuwa się porównanie z Japonią, gdzie komisja śledcza powołana po katastrofie w Fukushimie wykazała, że jedną z przyczyn nie przestrzegania rygorów bezpieczeństwa i zignorowania faktów ostrzegających przed możliwością katastrofy była „jedność w złej wierze” regulatora, operatora elektrowni, polityków i tak jak w przypadku Polski, opinii publicznej, traktujących energetykę jądrową jako dumę narodową i Wielki Cel. Głosy krytyczne odbierane były z „niesmakiem”. Urzędnicy odpowiedzialni za standardy bezpieczeństwa byli pod presją, by nie wychylać się z wątpliwościami, czemu sprzyjała hierarchiczna kultura społeczeństwa. Jednym z przejawów tego porozumienia ponad podziałami była akceptacja dla „drzwi obrotowych”, czyli przepływu kadry kierowniczej między branżą jądrową, operatorami elektrowni jądrowych a regulatorem i nadzorującym go Ministerstwem Przemysłu. W Kanadzie mamy do czynienia z tym samym zjawiskiem.
„Źli” populiści ekologiczni
Pytania i wątpliwości pozostawiono zmarginalizowanym dziś „populistom ekologicznym”. Potwierdza to prawidłowość maksymy, iż historia uczy jednego: że jeszcze nigdy, nikogo, niczego nie nauczyła. W 1973 roku w telewizji kanadyjskiej zorganizowano debatę „za” czy „przeciw” cywilnej energetyce jądrowej. Przed telewizorami zasiadło 20% obywateli. Przeciw atomowi wystąpił Gordon Edwards, młody pracownik naukowy. Wygrał tamtą debatę miażdżąco, ustanawiając „akt założycielski” ruchów antyatomowych w Kanadzie. Do dziś G.Edwards mobilizuje opinię publiczną do oporu wobec energii jądrowej. Wówczas branża jądrowa na swojego reprezentanta w programie wystawiła Edwarda Tellera, uczestnika projektu Manhattan budowy pierwszej bomby atomowej i głównego konstruktora bomby wodorowej. Nie słuchano racjonalnych argumentów. W jego ustach brzmiały całkowicie niewiarygodnie.
Dziś również branża jądrowa jest tak pewna siebie, że nie dba o wiarygodność. W Polsce byliśmy świadkami nachalnej promocji małych reaktorów umacniającej „jedność moralną narodu” wokół BWRX-300. Według sondaży 92% społeczeństwa ma popierać energię nuklearną. Prowokuje to przekłucie tej bańki zachwytu. Najpewniej zrobi to sama branża popełniając błąd, może taki, jak w Kanadzie z uczynieniem swojej twarzy konstruktora broni atomowej, a może dopuszczenie do ewentualnej awarii wybudowanego reaktora z wątpliwą co do jakości licencją kanadyjską. Wątpliwą, bo wydaną przez ludzi biznesu atomowego „oddelegowanych” na stanowiska regulatorów i zazwyczaj powracających do branży po wykonaniu „zadania”. Osoby zarabiające w przeszłości u komercyjnych uczestników rynku w branży jądrowej stanowią większość w kanadyjskiej komisji. Większość byłych komisarzy trafiła do sektora prywatnego. W odróżnieniu od amerykańskiego dozoru jądrowego, kanadyjski dozór od wielu lat nie wydał znaczącej decyzji nie po myśli branży. Może dlatego General Electric ze swoim reaktorem wybrało łatwiejszą, kanadyjską ścieżkę.
„Co robić, Polsko?”
Wobec powyższych argumentów, jakie działania powinno podjąć polskie państwo? Prawdopodobnie czekać z udzieleniem licencji dla BWRX-300 w Polsce do czasu wydania licencji przez wiarygodny dozór jądrowy np. francuski, brytyjski lub najlepiej amerykański, o ile w ramach walki z głębokim państwem prezydent Trump go nie „rozmontuje”. Alternatywą jest poczekanie do czasu ukończenia pierwszego cyklu paliwowego reaktora BWRX-300 wybudowanego w Kanadzie, pod warunkiem przeprowadzenia dostępnego zainteresowanym krajom audytu funkcjonowania reaktora w tym okresie i po ewentualnym wprowadzeniu poprawek do projektu uwzględniających ewentualne mankamenty prototypu. Rozpoczęcie budowy BWRX-300 w Polsce według projektu kanadyjskiego oznaczać będzie, że również zbudujemy sobie prototypy z ryzykami właściwymi pionierom. Jeżeli Kanada uważa, że ma zasoby i doświadczenie by zaryzykować status pioniera (a potem czerpać z tego korzyści), to życzymy powodzenia, tym bardziej, że Polska kiedyś na nim być może skorzysta. Jednak dziś Polska, w tym OSGE, nie posiada „kapitału”, który by na taki hazard pozwalał. A w stawce jest budowa dużych, sprawdzonych elektrowni jądrowych, z czym i bez obciążenia budową sieci eksperymentalnych SMRów państwo polskie słabo daje sobie radę.
Inaczej niż w przypadku dużego atomu, z SMRami Polska nie musi się spieszyć i może czekać na sprawdzenie się tego rozwiązania w innych krajach. Koniecznością szybkich i byle jakich decyzji straszą nas ci, którzy na tych decyzjach państwa chcą zarabiać. Polski nie stać na zorganizowanie dwóch łańcuchów dostaw dla jednej lub dwóch dużych elektrowni jądrowych i dla kilkunastu małych (bo trzeba wiedzieć, że tylko budowa ok.20 lub nawet więcej małych reaktorów może stwarzać szanse na opłacalność projektu poprzez rozłożenie kosztów). Państwowej Agencji Atomistyki, Urzędu Dozoru Technicznego oraz wielu innych państwowych agend z powodu braku doświadczenia i braków kadrowych nie będzie stać na równoległe pilotowanie i dozorowanie wdrażanych równolegle dwóch różnych technologii nuklearnych. Ryzyko to dostrzegł taki autorytet, jak sama Rumina Velshi w wywiadzie dla energetyka24.pl. Reaktor BWRX-300 to technologia wodno-wrząca, natomiast dla dużego atomu wybrano technologię wodno-ciśnieniową. Tak doświadczone w energetyce jądrowej kraje jak Francja i Wielka Brytania nie budują reaktorów komercyjnych w różnych technologiach. W Europie ten błąd popełniły Finlandia, Szwecja oraz Hiszpania i dziś ponoszą tego negatywne konsekwencje. Tylko supermocarstwa atomowe stać na wiele technologii. Po co Polska już na starcie swojego programu atomowego ma popełnić błąd? Notabene, dotychczasowy program energetyki jądrowej z 2020 roku uwzględniał ten punkt widzenia, ale poprzedni i obecny rząd podejmują działania przeciwne. Równoległe podjęcie przez państwo polskie (bo między bajki włóżmy opowieści, że polski BWRX-300 będzie pierwszym w świecie reaktorem wybudowanym bez udziału państwa) działań w dwóch różnych kierunkach może spowodować, że w żadnym nie osiągnie sukcesu (chociaż nie zdziwię się, jak projekt „prywatny” lepiej na tym wyjdzie, niż projekty państwowe). W polskich uwarunkowaniach „mały atom” jest wrogiem „dużego atomu” przynajmniej do czasu poważnego zaawansowania budowy w Choczewie. Ryzyko równoległego wdrażania dwóch różnych technologii może podejmować państwo o znaczącym sektorze energetyki jądrowej, a nie „uczniak”, jakim jest Polska. Nie mamy kompetencji, by zweryfikować jakość postępowania licencyjnego w Kanadzie, a zaufania wobec tolerancji państwa kanadyjskiego dla „drzwi obrotowych” i konfliktu interesów swoich funkcjonariuszy w relacjach z komercyjnymi uczestnikami rynku, udzielić nie sposób, bowiem nie wolno ryzykować bezpieczeństwem docelowo kilkunastu małych reaktorów jądrowych w Polsce.
Piotr Ciompa